PARAFIA RZYMSKOKATOLICKA PW. NAJŚWIĘTSZEGO SERCA JEZUSA W ŚREMIE, ARCHIDIECEZJA POZNAŃSKA

PARAFIA NAJŚWIĘTSZEGO SERCA JEZUSA
W ŚREMIE, ARCHIDIECEZJA POZNAŃSKA

Czekasz na niebo?

Powiedz mi, jakie są twoje nadzieje, a powiem ci, kim jesteś. Człowieka określają nie tylko jego korzenie, ale także jego przyszłość – to, czego spodziewa się po życiu, po innych, po Kościele, po Bogu… Czy spodziewamy się nieba?
 
Czekasz na niebo?  
Tomasz Błażowski prowadzi w różnych firmach szkolenia psychologiczne dotyczące motywacji do działania. Fachowo przekonuje, że w życiu zawodowym ważny jest jasno określony cel. W ankiecie dla uczestników kursu stawia m.in. pytanie: co jest twoim celem w życiu. Padają przeróżne odpowiedzi, ale zawsze w każdej grupie znajduje się przynajmniej jedna osoba, która odpowiada: „moim celem jest niebo”.
Piękne! I daje do myślenia. Zastanawiam się, czy widzę swoje życie w takiej niebieskiej perspektywie. Czy potrafię powiedzieć sobie: „moim celem jest niebo”? Benedykt XVI: „Człowieka nie da się zrozumieć, pytając tylko, skąd pochodzi. Zrozumie się go dopiero wówczas, gdy się także zapyta, dokąd zmierza”. Wniebowstąpienie Jezusa pokazuje kierunek, ku któremu zmierzamy. Nie jest to wbrew pozorom opowieść o podróży w zaświaty. Jest to opowiadanie o wielkości człowieka.
Coś się kończy, coś się zaczyna
Malarskie wizje wniebowstąpienia nie bardzo przekonują. Pan Jezus unosi się w górę w kłębach dymu, a uczniowie jakby obserwowali start promu kosmicznego. Pewne podobieństwo z wahadłowcem jest, bo Pan obiecał, że wróci na ziemię. (Jezu, wybacz to prymitywne porównanie, to skutek karmienia się popkulturą). A już całkiem poważnie, kluczem do zrozumienia przesłania płynącego z wniebowstąpienia jest zakończenie Ewangelii św. Łukasza i początek Dziejów Apostolskich, tego samego autora. W obu miejscach mowa jest o wstąpieniu Zmartwychwstałego do nieba. Dlaczego św. Łukasz powtarza ten motyw? Czy chce tylko zgrabnie połączyć obie księgi?
Chodzi tu z pewnością o coś głębszego. Ewangelista mówi nam, że tam, gdzie coś się kończy, jednocześnie coś się zaczyna. Wniebowstąpienie jest linią demarkacyjną, oddzielającą dwa etapy misji Jezusa. Zakończył się czas widzialnego ukazywania się zmartwychwstałego Chrystusa uczniom, rozpoczyna się czas Kościoła. Jezus właśnie po to ukazywał się uczniom po Zmartwychwstaniu, aby zbudować z nich wspólnotę, która będzie głosić światu, że On żyje, że jest silniejszy niż śmierć, bo On sam jest życiem. Wniebowstąpienie jest więc ostatnim zjawieniem się Chrystusa uczniom i wiąże się ściśle z przekazaniem im misji kontynuowania dzieła. Jezus pozostanie w swoim Kościele. Obiecał to wyraźnie: „Nie zostawię was sierotami”, „Oto Ja jestem z wami po wszystkie dni, aż do skończenia świata”. Ta obecność ma już inną formę. Jezus żyje ukryty w sakramentach, w słowie Bożym, w uczniach napełnionych Duchem Świętym. Śpiewamy w pieśni „Cichy, bez chwały, daje nam się cały”. Bez chwały! Rzeczywistość zmartwychwstania zostaje jakby przesłonięta. Wpatrujemy się w chleb eucharystyczny, krople wina w kielichu, płonącą świecę paschału, twarze modlących się z nami ludzi, słyszymy porywające „Alleluja”… Cała ta widzialna strona Kościoła (czasem piękna, ale przyznajmy: czasem też zgrzebana) jest jednocześnie zasłoną i znakiem żyjącego Pana. Święty Paweł nazwie Kościół Ciałem Chrystusa. To mistyczne Ciało pozostaje na ziemi, ale jego Głowa, czyli Jezus, jest w niebie.
Opowieść o wielkości człowieka
Nie powinniśmy wyobrażać sobie, że Jezus udał się w podróż na jakąś odległą planetę. W tajemnicy wniebowstąpienia nie chodzi o jakieś naiwne wyobrażenia rzeczywistości: niebo u góry, piekło na dole, ziemia pośrodku. Benedykt XVI: „chodzi tu o wymiary człowieczeństwa, a nie o piętra wszechświata. Chodzi o Boga i człowieka, o rzeczywistość, wysokość człowieczej egzystencji, a nie o miejsce miedzy planetami”.
Wniebowstąpienie jest w istocie opowieścią o tym, kim jest człowiek. To jest klucz! Jezus ukazuje, do czego ostatecznie powołany jest człowiek. Do zasiadania po prawicy Boga. Naszym przeznaczeniem jest wspólnota z Bogiem, udział w Jego chwale i panowaniu. Pochodzimy od Boga i do Niego zmierzamy, o tym mówi nam wiara. Ta wiara, jak przypomina Benedykt XVI, uczy, że „właściwym i słusznym miejscem dla naszego istnienia jest sam Bóg i że z tej perspektywy musimy patrzeć na człowieka”. Ta wiara chroni nas przed wszelkimi próbami pomniejszania człowieka.
To ważny temat, bo panuje dziś dziwna nienawiść człowieka do własnej wielkości. Skrajne nurty ekologiczne wciąż mówią, że jesteśmy takim samym gatunkiem zwierząt jak każdy inny. A nawet gorszym, bo szkodzącym środowisku i zdolnym do okrucieństwa na niespotykaną w przyrodzie skalę. Biolodzy ateiści z upodobaniem powtarzają, że człowiek to tylko DNA i kilka pierwiastków z tablicy Mendelejewa. Na ekranach kin i telewizorów wciąż widzimy „sponiewieranego człowieka we wszystkich stadiach grozy”, człowieka jako kupę mięsa i kości, nic więcej. Patrząc na Chrystusa wstępującego do nieba, widzimy niesamowite wyniesienie człowieczeństwa. Papież mówi, że to „rehabilitacja człowieka”. Nie jesteśmy tylko grudką materii, szkodliwym gatunkiem niszczącym matkę ziemię, bezużyteczną pasją, igraszką kosmicznych sił, kaprysem przyrody… Jesteśmy wezwani do wielkości, ale nie tej, którą podpowiada nam diabelska pycha. Drogę do wielkości pokazuje nam Chrystus. To droga pokory: zdania się na Boga, uznania Jego panowania, droga służby, umywania nóg, droga krzyża, czyli miłości odpowiadającej dobrem na zło. Człowiek o własnych siłach nie wzniesie się nad ziemię do nieba, może go unieść tylko Bóg.
Skąd ta radość?
Łukasz pisze, że po wniebowstąpieniu apostołowie „z wielką radością wrócili do Jerozolimy. Przebywali ciągle w świątyni i wielbili Boga” (Łk 24,52). Skąd ta wielka radość, zastanawia się papież. Przecież uczniowie powinni raczej odczuwać smutek z powodu rozstania. Co więcej, otrzymali zadanie misyjne, które mogło wydawać się ponad siły. Mają wobec ludzi głosić, że Ten, który – jak się wydaje – poniósł klęskę – jest Zbawcą wszystkich. Jak zrozumieć tę radość? Papież odpowiada: „Uczniowie nie czują się opuszczeni. Nie myślą, że Jezus odszedł od nich daleko i znikł w jakimś niedostępnym dla nich niebie. Są najwidoczniej pewni Jego nowej obecności”. Ta pewność stanie się rzeczywistością w dniu zesłania Ducha Świętego, kiedy uczniowie będą dosłownie upojeni obecnością Boga w ich sercach. Drugim powodem radości jest poczucie przynależności do „drużyny” Zwycięzcy. Benedykt zwraca uwagę, że ta radość apostołów ma wiele wspólnego z postawą męczenników, którzy w chwilach największej próby nie przestawali wielbić Boga i radowali się perspektywą bliskiego z Nim spotkania. „Dopiero wtedy, gdy coś z tego zakiełkuje również w nas samych, zrozumieliśmy wniebowstąpienie Chrystusa”.
Święty Łukasz notuje, że w chwili wstępowania do nieba Jezus „podniósł ręce i błogosławił ich”. To ostatni obraz, który zostawił nam zmartwychwstały Pan: Jego ręce wzniesione w geście błogosławieństwa. Przepiękny komentarz do tej sceny kończy drugi tom „Jezusa z Nazaretu”: „Jezus rozstaje się, błogosławiąc. Jego ręce są nadal wyciągnięte nad tym światem. Te błogosławiące ręce Chrystusa są jakby chroniącym nas dachem. Są one równocześnie gestem otwarcia, który rozrywa świat, żeby weszło do niego niebo (…). W tym geście błogosławiących rąk wyraża się trwała relacja Jezusa do Jego uczniów i do świata. W swym odejściu przychodzi, żeby nas wynieść ponad nas samych i otworzyć świat na Boga. Dlatego uczniowie mogli się radować, gdy wracali z Betanii do domu. W wierze wiemy, że Jezus unosi nad nami swe błogosławiące ręce. Jest to powód nieprzemijającej chrześcijańskiej radości”.
Przypominają się w tym miejscu dłonie Stwórcy, które lepiły Adama z prochu ziemi. Biblijna historia człowieka zaczyna się od tego obrazu. Każdy z nas jest oryginalnym dziełem „Bożych rąk”. To nasz początek. Wzniesione dłonie Jezusa to obraz wskazujący na nasze ostateczne spełnienie. Bóg czeka na nas z otwartymi ramionami, po drugiej stronie doczesności.
Chrześcijanie bujają w obłokach
Jak to się wszystko ma do naszego życia? Nadzieja na niebo uczy nas mądrego dystansu do rzeczywistości. Chodzić po ziemi z głową w niebie. A więc wciąż powtarzać sobie: „to, co widzę, to nie wszystko, jest coś więcej”. Ta myśl chroni przed rozpaczą, zgorzknieniem, cynizmem. Nade mną są wciąż błogosławiące dłonie Jezusa. Te dłonie mnie chronią. Są znakiem Jego obietnicy nad moim życiem.
Życie z głową z niebie nie oznacza wcale bujania w obłokach, w sensie naiwnego marzycielstwa, oderwania od życia czy bezczynności. Przeciwnie, jeśli wiem, że moim powołaniem jest niebo, to patrzę na życie jak na pielgrzymkę. Jasny cel organizuje życie, udoskonala pracę. Szanuję swoje siły, nie rzucam się bezsensownie na wszystkie strony. Kiedy mam podjąć jakąś decyzję, pytam siebie, czy to jest krok w stronę nieba (Boga), czy przeciwnie. A jeśli już mowa o bujaniu w obłokach, to w sensie biblijnym jak najbardziej tak. Bo obłok jest w Biblii symbolem obecności Boga. Obłok towarzyszył Izraelitom podczas wędrówki przez pustynię do Ziemi Obiecanej, był im drogowskazem. To symbol Pana, który idzie z nami. Sakramenty są dla nas jak obłok, są jednocześnie zasłoną i obecnością. W sakramentach Jezus jest obecny, dotykalny, ale nie widzimy Go jeszcze w pełni, tęsknimy za spotkaniem full contact.
Opisowi odejścia Jezusa do nieba towarzyszą słowa o Jego powtórnym przyjściu: „Ten Jezus, wzięty od was do nieba, przyjdzie tak samo, jak widzieliście Go wstępującego do nieba” (Dz 1,11). Chodzi o Jego przyjście na końcu czasów, ale i o te mniejsze przyjścia: w wydarzeniach, w sakramentach, w słowie Bożym, w świętych. Bóg sam wybiera momenty swojego nawiedzenia i tylko On zna czas ostatecznego przyjścia. Do nas należy powtarzać z wiarą i nadzieją: „przyjdź, Panie Jezu!”. W „Ojcze nasz” mówimy codziennie „przyjdź królestwo Twoje”. Im więcej różnych głupstw i szaleństw widzimy w naszym świecie, tym bardziej świadomie powtarzajmy „Panie, przyjdź”. A wtedy pojawi się w nas radość sięgająca nieba.
Wpuścili mnie!
O tęsknocie za niebem mówi Tomasz Budzyński, malarz, poeta, lider Armii
Miałem sen: Stałem na dworze, była późna jesień, zimny wieczór, deszcz, szaruga… Stałem przed drzwiami jakiegoś budynku. Ze środka dochodził do mnie przepiękny śpiew. I tak, jak to się we śnie czasem wie, pojmowałem, że tam – wewnątrz odbywa się coś cudownego. Chciałem otworzyć drzwi, ale drzwi były zamknięte. Nachyliłem się i zacząłem patrzeć przez dziurkę od klucza. Zobaczyłem wtedy coś takiego: śnieżnobiały obrus, ręce, które coś podają, blask świec, ludzi. Przez tę małą dziurkę od klucza docierała do mnie jakaś cudowna atmosfera, nieziemskie piękno. A ja byłem święcie przekonany, że tam – przy tym stole – jest Jezus Chrystus.
Teraz na drodze neokatechumenalnej w czasie jednej z Eucharystii coś mnie tknęło – spojrzałem na obrus, na kielich, na migotające świece i nagle mówię sobie: „Tak!”. Aż ciarki przeszły mi po plecach… Mówię: „Boże jedyny, przecież to jest ten sen!”. I mówię: „Wpuścili mnie!!!!! Rozumiesz? Te drzwi, które były zamknięte, otworzyły się. Jezus, który siedział wewnątrz, zaprosił mnie do siebie! I teraz siedzę przy stole z żywym Jezusem”. Jest to dla mnie szczęściem, nie do opisania. Jestem tu, gdzie powinienem być. Czasem, gdy nie chce mi się pójść na Mszę św., mówię sobie: „Pamiętaj, dokąd cię wpuszczono, pamiętaj, gdzie ci się otworzyły drzwi…”. I zawsze idę. Wiem jedno – piję ze zdrojów zbawienia, siedzę przy stole Jezusa Chrystusa. Uczestniczę w królestwie nie z tego świata. Miałem przedsmak tego we śnie. Siedziałem sobie i myślałem: tu w Kościele jest jakaś droga, jakieś etapy duchowego rozwoju, co zrobić, żeby wcześniej i szybciej. Powiedziałem sobie: „Nie! Ja tu mogę siedzieć nawet sto lat! Jestem przy stole!”. Najważniejsze, że jestem pewien tego, że siedzę blisko Jezusa! I wiem, że własnymi siłami tych drzwi nie potrafiłem otworzyć. Szarpałem, napierałem na nie i nic. One się same otworzyły – Jezus mnie wpuścił i to tylko Jego dzieło. Jestem szczęśliwy…

Zobacz także...